poniedziałek, 3 maja 2010
Adam Johnson – nowy Ryan Giggs
Obecnie wielbiciele talentu Giggsa mogą tylko wspominać jego wspaniałe rajdy, w których pokonanymi pozostawiał nierzadko po trzech czy nawet czterech rywali. Z utęsknieniem rozglądają się za skrzydłowym, którego styl gry uruchomiłby skojarzenia z wielkim mistrzem. Mam dla nich dobre wiadomości: chyba się takiego piłkarza doczekali. Oto bowiem na boiskach Premiership w iście gigssowskim stylu obrońców mija 23-letni Anglik, Adam Johnson.
Ten wychowanek Middlesbrough, ubiegłorocznego spadkowicza z Premiership, od początku 2010 roku broni barw Manchesteru City. Do przejawiających gigantyczne ambicje Citizens trafił za skromną – wydawałoby się – sumę 7 milionów funtów. Niewielu jednak wie, że gdy transfer ten dopinano, młodemu Anglikowi do końca kontraktu pozostały raptem cztery miesiące. Mówiąc krótko, cztery miesiące później jego macierzysty klub za Johnsona mógłby nie dostać nawet złamanego grosza. Czyli Middlesbrough i tak ubiło niezły interes, nie?
Jednak jeszcze lepszy interes ubiło City. Johnson w swym debiucie w meczu z Boltonem wybrany został najlepszym graczem meczu, a w kolejnych ten szybki jak błyskawica drybler wielokrotnie siał popłoch w szeregach obronnych przeciwników. Johnson w szesnastu meczach ligowych strzelił dla City raptem jednego gola, ale zanotował kilka asyst. Jego specjalnością stało się wjeżdżanie w pełnym pędzie w pole karne rywali, których stawiał przed brutalnym wyborem: dać się minąć albo faulować. Niezależnie od tego jaki wariant wybierali, gola – z akcji lub z karnego – strzelał Carlos Tevez lub któryś z jego kolegów.
Transfer do Manchesteru City był chyba najlepszą rzeczą, jaka mogła spotkać Anglika. Na Riverside Stadium młody Johnson przez cztery sezony odgrywał rolę zmiennika dla skrzydłowego reprezentacji, Stuarta Downinga. Na lewej flance Middlesbrough zwolniło się miejsce na początku tego sezonu, gdy jego bardziej doświadczony kolega przeprowadził się do Aston Villi. Jednak gdy tylko Johnson zaczął grać w Middlesbrough pierwsze skrzypce, szybko okazało się, że boiska Championship to dla niego strata czasu. Stąd transfer do City.
The Citizens z Johnsonem w składzie odnieśli już kilka sukcesów. Drużyna Roberto Manciniego była w stanie wywieźć trzy punkty ze Stamford Bridge i to po zaaplikowaniu Chelsea czterech goli. W ostatni weekend City pokonało 3:1 tracącą zwykle niewiele bramek Aston Villę, czym ostatecznie przekreśliło marzenia the Villains o Lidze Mistrzów w przyszłym sezonie. W oba zwycięstwa istotny wkład miał właśnie Johnson.
Młody Anglik nie kryje, że wzorem dla niego jest właśnie Giggs. Na nobilitujące Anglika porównanie do wielkiego Walijczyka zdecydował się niedawno Mancini. Co więcej młody Anglik swymi niebagatelnymi występami przyciągnął uwagę samego Fabio Capello, który rozważa powołanie go do kadry na mistrzostwa świata w RPA. Ściskam kciuki, by tak się stało. Dzięki temu Anglik w przyszłości być może stanie się piłkarzem jeszcze większym od Giggsa, który przecież na mundialu nigdy nie zagrał.
piątek, 12 marca 2010
Jeleń - inwestycja obarczona wysokim poziomem ryzyka
Z natłoku udzielonych przez piłkarza wywiadów (w większości raczej bezbarwnych) można wyciągnąć jedną interesującą informację: gra polskiego napastnika przyciągnęła uwagę co najmniej kilku klubów, które kontaktowały się już z menadżerem Jelenia.
Nasz napastnik jednak nawet nie chce wiedzieć jakie to firmy, aby się nie rozpraszać i maksymalnie koncentrować na grze dla swego obecnego klubu. Ofertami ma zająć się w maju.
Nic tylko przyklasnąć: w ten sposób odnosząc się do pytań o ewentualny transfer Jeleń wykazał się godnym pochwały profesjonalizmem. Jelenia chwali się jednak głównie za inne cechy.
Jakim więc napastnikiem jest pochodzący z Cieszyna piłkarz? Przede wszystkim skutecznym. Choć nazwiska Jelenia nie znajdziemy wśród najściślejszej czołówki strzelców ligi francuskiej, to już w zestawieniu uszeregowującym snajperów według współczynnika gol/mecz ligowy znalazłby się wysoko, i to nie tylko we Francji.
Polski snajper już drugi sezon z rzędu strzela po minimum 0,5 bramki na mecz w lidze. Ta sztuka udaje mu się, mimo tego, że nie reprezentuje drużyny zaliczanej do czołówki Ligue 1. On sam w wywiadach przyznaje, że myślenie o zdobyciu mistrzostwa Francji przez Auxerre byłoby fantazjowaniem. A przecież ten stosunkowo niewielki klub ma jedynie punkt straty do prowadzących w lidze Bordeaux i Montpellier. Niżej plasują się potęgi francuskiej piłki: Lyon i Marsylia.
Stąd też zainteresowanie polskim napastnikiem nie powinno nikogo dziwić. Problem w tym, że pomimo jego świetnej skuteczności, Jeleń wcale nie musi stanowić łakomego kąska dla innych klubów, niezależnie od tego jakiej ceny zażąda za niego latem Auxerre.
Problemem 29-letniego Jelenia są kontuzje, które uniemożliwiają mu częstszą grę. Były gracz Wisły Płock od dawna cierpi na odnawiający się raz po raz uraz pleców. W karierze trapiły go kontuzje barku, pachwiny, uda. Ostatnio ból kolana wyeliminował go z towarzyskiego meczu kadry narodowej. Na drugą połowę meczu z Bordeaux, w której strzelił zresztą dwa gole, wyszedł na własne życzenie.
Innym problemem Jelenia są jego niskie zdolności adaptacyjne. Choć we Francji gra już czwarty sezon, to jeszcze w języku Dumasa swobodnie porozumiewać się nie nauczył. Nie słynie także z chęci nawiązywania bliższych relacji z kolegami z drużyny. Regularnie strzela bramki, więc ciężko mieć do niego o to pretensje, ale pewien niedosyt pozostaje.
Czy jakikolwiek poważny klub będzie gotów wyłożyć kilka milionów euro na niemłodego przecież zawodnika z takimi problemami zdrowotnymi i adaptacyjnymi? Być może mimo tych wad Ireneuszowi Jeleniowi uda się zmienić klub na lepszy, ale czynią go one inwestycją obarczoną wysokim poziomem ryzyka.
czwartek, 11 marca 2010
There's only one David Beckham
Jako że dwumecz ten praktycznie został rozstrzygnięty już w pierwszym spotkaniu obu drużyn na San Siro, z którego piłkarze sir Alexa Fergusona wywieźli cenne jednobramkowe zwycięstwo, prawdziwym highlightem wieczoru w Manchesterze był powrót na Old Trafford żywej legendy brytyjskiej piłki, Davida Beckhama.
O ile reprezentujący Milan Becks mógł nie być zachwycony faktem, że rozpoczynał mecz na ławce rezerwowych, to reakcja fanów na jego wejście na boisko na ostatnie pół godziny gry mogła to rozczarowanie zredukować, a być może zamienić je nawet we wdzięczność wobec trenera.
"One David Beckham. There's only one David Beckham!" - zaskandowały żywo trybuny Old Trafford, gdy tylko Anglik pojawił się na murawie. Te same trybuny jeszcze kilka lat temu regularnie nagradzały oklaskami zagrania genialnie dośrodkowującego skrzydłowego.
Co spostrzegawsi widzowie zauważyli tańczącą w oku Beckhama łezkę, choć były piłkarz Manchesteru w pomeczowym wywiadzie do końca się do niej nie przyznał. Anglik jednak wyraźnie się wzruszył, a wraz z nim ja i prawdopodobnie miliony sprzyjających mu widzów. I jak tu nie kochać piłki nożnej?
poniedziałek, 8 marca 2010
Zdarzyło się dziś, to znaczy wtedy-update1
(Wpis uzupełniony o informację o kolejnej znanej osobie urodzonej 23 lutego - tego samego dnia co Jan Jerzy)
Zrobiłem błyskawiczny search po necie w kwestii urodzeń 23 lutego - byłem ciekaw jakie to persony uprzedziły w tej kwestii Jana Jerzego.
Okazało się, że wśród urodzonych tego pięknego dnia można znaleźć byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę, kompozytora Jerzego Fryderyka Haendla, biznesmena Michaella Della oraz - uwaga - kandydata na kandydata na prezydenta, ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego. Wow!
Aby było jeszcze ciekawiej, postanowiłem sprawdzić jakie historyczne wydarzenia miały miejsce tego pamiętnego dnia, ale kilka (-dziesiąt, -set) lat wcześniej.
Okazało się, że 23 lutego 1455 roku Jan Gutenberg wydrukował pierwszą na świecie książkę (oczywiście była to Biblia), a 490 lat później amerykańscy żołnierze wetknęli flagę w ziemię na Iwo Jimie.
Ciekawe co na to Jan Jerzy. Idę go spytać.
niedziela, 7 marca 2010
Jan Jerzy is in the house
Gwoli wyjaśnienia kwestii trzeciego obiegu, blog solidnie przegrał timingi z telefonem i Facebookiem (z Twitterem było 0:0), ale ma szansę częściowo odrobić straty contentem. Po prostu najlepiej jak potrafię opowiem Wam co słychać, wszystko up to date, niemal co do sekundy.
Teraz właśnie siedzimy sobie z Janem Jerzym na kanapie, to znaczy ja siedzę, a on leży owinięty w kocyk, co to go przed paroma godzinami od młodego wujostwa otrzymał. Syn jakiś niespokojny, nie wiadomo czemu właściwie, może dlatego, że coś goli w meczach na "kanalu" brak, choć w Bordeaux-Montpellier już dwa karne strzelano. A ja tak jednym okiem na syna, a drugim na TV, tyle że bardziej na Serie A niż Ligue 1, bo Mourinha Inter gra. W Mediolanie do połowy też 0:0.
Sielawa, można by pomyśleć. Ojciec z synem razem, mecz leci, pięknie. Teraz to i owszem, pięknie, ale to tylko maleńki wycinek naszego wspólnego życia, które bardziej niż ojcowską-synowską miłością i porozumieniem naznaczone jest znojem, nerwami, stekami przekleństw.
To nawet nie chodzi o niewyspanie czy wstawanie w nocy o każdej porze i każdej częstotliwości. Najgorsze jest to cholerne zmienianie pieluch. I znowu szybko wyjaśnię, że to wcale nie o to chodzi, że kupa śmierdzi czy że Jan Jerzy strumieniem moczu potrafi ustrzelić oddalone o metr ubrania ojca. Chodzi o ryk, który przebieraniu pieluch towarzyszy.
Bardzo głośny, niemal ogłuszający, pulsujący w uszach, o nieznanym mi wcześniej tonie, który porównać można chyba tylko z piskiem mordowanego zwierzęcia (czy tak właśnie kwiczą zarzynane świnie?). Znają go już wszyscy mieszkańcy naszej kamienicy. Występuje najczęściej miedzy drugą a szóstą nad ranem. Pojawia się, gdy młody Onoszko jest nagi od pasa w dół, ale jeszcze nie wyczyszczony od odchodów, którymi umorusał swój szanowny zadek. Towarzyszy mu wierzganie uniemożliwiajace jak najszybsze zakończenie operacji "pielucha". Nie przerywa go wciskanie w usta młodego smoczka, ani jakiekolwiek inne zabiegi takie jak przytulanie, głaskanie, mówienie cichutko. Ustaje jedynie wtedy, gdy ostatni guziczek z ubrania juniora jest dopięty i syn ląduje na ramieniu mamy lub taty.
Ale wówczas nerwy ojca i wszystkich sąsiadów są już zszargane, nie jest łatwo się uspokoić i małego krzykacza przytulić. Nawet spać się odechciewa i się siedzi do rana przed Betfair.com, choć obok książki do CFA wydają się błagać "otwórz nas, poczytaj trochę". Ale czytać się ich nie da, utknąłem na prawdopodobieństwie, którego nie nauczyłem się do matury, rozmyślnie wybierając łatwiejsze zagadnienia.
Pisząc te słowa już wiem, że od jakiegoś kwadransa czeka na mnie kupa w juniorowej pielusze. No i się doczeka.
W Mediolanie ciagle bez goli, w Bordeaux 1:0. Lecę.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Nic tylko usiąść i zapłakać
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Nasz Obama
czwartek, 17 grudnia 2009
Tusk w obronie piłki nożnej
Premier słusznie ocenił rażącą dysproporcję między wysokościami kar za identyczne przestępstwa popełnione na stadionie i poza nim. Ktoś kto uderza policjanta siekierą na ulicy dostaje 10 lat więzienia, a ten kto zrobi to samo na stadionie – kolegium. Argumentował, że polskie prawo i tak jest stosunkowo restrykcyjne, ale problemem pozostaje skuteczna egzekucja przepisów.
Wywiad premiera może wydawać się niewiele wnoszącym apelem, ale jeśli organy ścigania potraktują go tak jak powinny, czyli jako jasny, dosadny komunikat z samego szczytu władzy dotyczący kwestii obchodzenia się ze stadionowymi chuliganami, to wszystkich prawdziwych fanów piłki nożnej czekają lepsze czasy.
W tym oficjalnym wsparciu policji, prokuratury i sędziów w wykonaniu premiera jedynym problemem jest jego timing. Trudno bowiem zrozumieć, dlaczego tak kochający piłkę nożną premier dopiero po dwóch latach rządzenia zdecydował się na obronę sportu przed niszczącymi go kibolami. Czy nie można było tak wcześniej?
sobota, 12 grudnia 2009
Coś mądrego na polskim portalu internetowym
To nie żart. Przeczytałem przed chwilą bardzo dobry tekst o polskim rynku nieruchomości. Porównuje go rynków zachodnich: ciekawe, ale też nieco smucące spojrzenie. Artykuł polecam wszystkim zainteresowanym kupnem mieszkania w bliższej lub dalszej perspektywie.
czwartek, 19 listopada 2009
Irlandczycy żądają powtórki
Dla przypomnienia, Francuzom udało się strzelić gola, po tym jak sędzie nie zauważył, jak Thierry Henry żongluje piłką w irlandzkim polu karnym.
Ciekawe czym sprawa się skończy. Według mnie szansa na powtórkę nie ma - FIFA chyba nigdy wcześniej się nie ugięła w takich sprawach, a w przypadku pomyłek sędziowskich zdarzały się już gorsze rzeczy.
środa, 18 listopada 2009
Wolę Afrykę
"Allez les bleus" w wykonaniu francuskich kibiców nigdy nie brzmiało tak nieprzekonująco jak w warszawskim Championsie, po tym jak dzięki dwukrotnym zagraniu piłki ręką Thierriego Henry trójkolorowi zapewnili sobie awans do mistrzostwa świata kosztem o wiele bardziej na niego zasługujących Irlandczyków.
Największy zawód sprawił mi sędzia, dla którego - co najtragiczniejsze - był to jedyny błąd w tym meczu. Wcześniej w dość spornych kwestiach, ale jednak słusznie, dwa razy rozstrzygał na niekorzyść Francuzów: raz nie dyktując karnego po rzekomym faulu na Anelce, a raz nie uznając gola strzelonego przez Govou. W sytuacji z Henry'm zachował się jednak skandalicznie.
Żal mi Irlandczyków, i to bardzo. Grali na stadionie przeciwnika mając w pamięci porażkę 0:1 u siebie, co tak naprawdę zostawiało im niewiele szans na sukces w ostatecznym rozrachunku. Jednak bramka Keane'a jeszcze w pierwszej połowie i kilka niezłych okazji w kolejnej części meczu wlały sporo nadziei w irlandzkie serca. Ale efekt końcowy znamy.
Poza błędem sędziego, który wypaczył wynik i zamknął Irlandczykom drogę na mundial, mecz ten mógł się podobać. Widać było sporo zaangażowania, parę ciekawych akcji, było napięcie. Niemniej jednak w rankingu atrakcyjności daleko mu do rozgrywanego parę godzin wcześniej starcia Algierii z Egiptem, w którym stawką także był wyjazd do RPA.
Mecz ten, rozgrywany na neutralnym gruncie, pod czujnym okiem sudańskiego wojska, był widowiskiem rzadko doświadczanym nawet na najwyższym poziomie gry w piłkę nożną. Był świetny zarówno pod względem jakości pokazanego w nim futbolu, jak i zaangażowania, niespotykanego nigdzie w Europie. Oglądaliśmy wspaniałe akcje, świetne interwencje bramkarskie, mnóstwo walki. Ostatecznie mecz wygrali piłkarze z Algierii, po fantastycznej bramce i dzielnym stawianiu oporu egipskiej nawałnicy ataków, które co raz przerywali dynamicznymi kontrami. Od meczu nie dało się oczu oderwać.
Życzę sobie i wszystkim fanom piłki byśmy na mundialu oglądali więcej spotkań w stylu afrykańskim, bo to, co zaserwowała nam Europa, znieść jest trudno.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Sposób na wieczór
Ile tu emocji, atrakcji wszelakiej maści! Pewien pan awanturuje się psiocząc na (rzekomy) analfabetyzm obsługi, która nie potrafi mu podać kosztu rozmowy z Australią. Jest też nudzący się niemiłosiernie chlopiec, który ciągle domaga się od swojej mamy czegoś do picia. Wszyscy dziwią się czemu przed nimi jeszcze 20 osób, skoro gdy wchodzili czekało 10.
Czas leci, a ja ciągle czekam. Miły wieczór, nie ma co.
piątek, 13 listopada 2009
Forma wraca
To wczorajsze to była tradycyjna czwartkowa halówka na Kabatach. Mój team wygrał kilkoma bramkami, z których - nieskromnie dodam - strzeliłem mniej więcej połowę.
Teraz z niecierpliwością czekam na niedzielę, kiedy zagram w korkach na sztucznej trawie na Warszawiance. A może jeszcze uda mi się wyskoczyć na krótki meczyk w sobotę... Anyway, ściskajcie kciuki, będą updejty.
środa, 11 listopada 2009
Arcydzieło, mówią
Nie pisałem ponad dwa tygodnie i nie mam nic na swoją obronę. Z żalem mogę jedynie potwierdzić, że to właśnie cały ja - Maciek "słomiany zapał" Onoszko.
Ale nie o tym chciałem napisać. Miało być o serialu pod tytułem "The Wire", porównywanego przez niektórych do dzieł Dostojewskiego czy Balzaka, ponoć najlepszym serialu ever.
Ktoś już oglądał? Ja niedługo zacznę. I coś ciekawego na ten temat napiszę.
niedziela, 25 października 2009
Jak nie pisać, część pierwsza
Na początek przeprosiny za dłuższą nieobecność na blogu i krótkie wyjaśnienie tytułu mojego nowego posta: spodziewam się, że napiszę co najmniej kilka tekstów w serii "Jak nie pisać", stąd "część pierwsza". Ale do rzeczy.
Globalny kryzys gospodarczy silnie uderzył w tradycyjne media, ale dziwnie mało mówi się o tym w Polsce. To pewnie dlatego, że jeszcze żadna z rodzimych gazet nie upadła, a tym z największymi kłopotami udawało się - przynajmniej dotychczas - znaleźć wybawców.
My kryzysu mediów nie widzimy jeszcze w tak jaskrawych kolorach jak w USA, gdzie zamknięto już sporo szanowanych dzienników. U nas jego przejawy są inne: można zaobserwować coraz większą ilości dyskretnie umiejscowionych tekstów sponsorowanych czy reklamy na kluczowych dla gazet stronach, dotychczas zarezerwowanych tylko dla ważnych artykułów. Coraz głośniej mówi się o kupowaniu w pakiecie reklamy i "czysto dziennikarskiego" wywiadu z przedstawicielem reklamowanej firmy na następnej stronie. Dla mnie jednak ważniejszy jako element kryzysu mediów jest obniżający się poziom sztuki dziennikarskiej, dlatego też postanowiłem przede wszystkim na tę sprawę zwrócić Waszą uwagę.
Nie chodzi mi tu tylko o krytykowanie kolegów po fachu, ale raczej o uwypuklenie faktu, że dobrych dziennikarzy jest coraz mniej, przez co od tych, którzy w gazetach zostają, wymaga się coraz więcej. Naturalnym staje się to, że mają oni coraz mniej czasu na przygotowanie tekstów, porządny research, zdobycie ciekawych cytatów wzmacniających przedstawiane tezy.
Na pierwszy ogień wziąłem tekst otwierający sekcję gospodarczą w weekendowej Gazecie Wyborczej. Artykuł mówi o tym, że wkrótce kończy się kadencja Rady Polityki Pieniężnej (RPP) i organy, które zgodnie z prawem wybierają członków Rady, powinny się pospieszyć ze swymi decyzjami. Tekst bazuje przede wszystkim na znanych już rynkom z depesz agencyjnych informacjach o potencjalnych kandydatach, więc z punktu widzenia osób bezpośrednio zainteresowanych nowym składem Rady, artykuł nie jest żadnym novum. Mógłby jednak wydać się ciekawy dla przeciętnego zjadacza chleba.
Tekst koncentruje się na tym, że czas leci, a oficjalnych kandydatów jak nie było, tak nie ma. A jeśli zaraz się coś nie zmieni, to do RPP trzeba będzie zatrudnić przypadkowych ludzi. Nawiasem mówiąc, z tą tezą akurat się nie zgadzam, bo trudno mi wyobrazić sobie ekonomistę, który nie chciałby wejść w skład RPP. To jednak nie jest istotne. Problem w tym, że Kowalski z tego tekstu nie dowie się niczego ciekawego ponad to, że - według autora - zbyt wolno działają organy państwa.
Tekst zakłada bowiem, że Kowalski zna rolę RPP i wie dlaczego jest tak ważna dla gospodarki. Wie także ilu członków liczy Rada oraz ilu z nich (i którym) w styczniu i lutym 2010 kończy się kadencja (a tym samym ile trwa). Poza tym zna mechanizm wyboru nowych członków RPP: wie jakie organy ilu z nich wybierają i w jakich procedurach.
Może należałoby docenić wiarę Gazety Wyborczej w człowieka, ale ja jej nie podzielam. Wiem tylko, że napisanie tekstu, który uwzględniałby te podstawowe informacje to żmudna robota, wymagająca sporo przygotowania. A na to najwyraźniej zabrakło czasu. Szkoda.
niedziela, 18 października 2009
Gol weekendu
piątek, 16 października 2009
Unijna hipokryzja
Wkurzyła mnie informacja o tym, że Polska ma wesprzeć gliwicką fabrykę Opla całkiem pokaźną kwotą (niektóre media spekulują, że ma to być 450 milionów euro, czyli prawie 2 miliardy złotych - jedna dziesiąta naszego tegorocznego deficytu budżetowego). Mamy to zrobić dlatego, że Niemcy dogadali się z nowym właścicielem Opla, że kraje UE wezmą na siebie część zobowiązań związanych z ratowaniem firmy.
Wkurzyło mnie to, bo my nie mieliśmy w tej sprawie nic do powiedzenia. Z zasady nie podobają mi się interwencje państwa na wolnym rynku, bo one zawsze ten rynek wypaczają, ale już najbardziej denerwują mnie interwencje, które nie są potrzebne. One rynek wypaczają skrajnie.
Czy gliwicka fabryka potrzebuje wsparcia? Nigdy wcześniej nie było o tym mowy, a polski zakład Opla wymieniany był jako najbardziej efektywny w całej grupie. W związku z czym polski rząd, chcąc nie chcąc, wesprze firmę, która tego wsparcia nie potrzebuje. Zastanówcie się teraz jak to wygląda z perspektywy konkurentów, którzy od dobrych paru miesięcy starają się o wprowadzenie programów wsparcia dla sektora motoryzacyjnego. Albo spójrzcie na to - to trochę populistyczne, przyznaję - z perspektywy stoczniowców, których Unia wspierać nie pozwala.
W Unii duży może więcej. Ta zasada sprawdza się nie tylko w przypadku Opla, ale też deficytów budżetowych największych krajów Unii. Formalnie obowiązuje oczywiście nakaz utrzymywania deficytu budżetowego na poziomie nie większym niż 3 procent PKB, ale który kraj UE tego przestrzega? Sprawa nie dotyczy jedynie trudnych czasów po Lehman Brothers, kiedy potrzeby pożyczkowe niebotycznie wzrosły na całym świecie, ale także okresu dużo przed kryzysem.
Nie wiem czy ta dysproporcja w kwestii przestrzegania zasad będzie w UE utrzymana czy też nie. Pewnie będzie. Obawiam się, że nie pozostaje nam nic innego niż jak najszybciej dołączyć do krajów, którym w UE wolno więcej. Miłego weekendu.
środa, 14 października 2009
Złota polska jesień
W trakcie mego zwyczajowego 20-minutowego spaceru do pracy padający w poprzek śnieg z deszczem na tyle skutecznie oblepił mi spodnie, że wszedłem do biura całkiem mokry. Nie chciałem ryzykować pogorszenia już nienajlepszego stanu zdrowia i postanowiłem wykorzystać umiejscowioną w toalecie suszarkę do rąk. Pozostając przez parę minut w dość akrobatycznej pozie udało mi się osuszyć spodnie, choć wymagało to ciągłego machania ręką w celu podtrzymania działania urządzenia. Pomysłowość 10!
poniedziałek, 12 października 2009
Fivepoundfootballclub
Diego nie taki boski
W ostatni weekend szanse na mundial dla Argentyny uratował wiekowy Martin Palermo - ten sam, który kiedyś w jednym meczu nie strzelił trzech rzutów karnych, a ostatnio zasłynął z gola strzelonego głową z 40 metrów. Potężny snajper strzelił gola na 2:1 z najsłabszymi w południowoamerykańskiej grupie eliminacyjnej Peruwiańczykami w trzeciej minucie doliczonego czasu gry, wprawiając Maradonę w ekstazę, której mógł nie zaznać nawet w bardziej hulaszczych latach swego życia.
Argentyńczycy są w bardzo trudnej sytuacji - co prawda są na 4 miejscu w grupie, gwarantującym awans do MŚ bez barażów, ale będą o nie musieli walczyć w bezpośrednim starciu z Urugwajem. Remis może by i wystarczył, ale Argentyna powinna ten mecz wygrać, by awansować bez oglądania się na Ekwador, który zagra na wyjeździe z Chile, drużyną już pewną gry w RPA w przyszłym roku.
Z kolei Urugwajczycy dość szczęśliwie pokonali na wyjeździe Ekwador. Zwycięstwo uratował im w ostatniej minucie meczu niezawodny Diego Forlan zamieniając na karnego na bramkę. Swoją drogą, jeśli zastanawiacie się jak należy wykonywać karne, to odpowiadam: właśnie tak jak Forlan.
Podsumowując, w Ameryce Południowej zapowiada się fantastyczny koniec eliminacji. Ostatnie mecze już za dwa dni!